Wakacyjne wspomnienia powinny zasilić dziecięcą duszę i ciało na cały następny rok szkolny. W myśl tej zasady uczniowie po powrocie z zorganizowanych dla nich wakacji prezentują się wypoczęci, nauczeni zasad zdrowej rywalizacji, samodzielni, szczęśli- wi, pełni wrażeń i opaleni letnim słońcem. Przestają się trzymać maminej spódnicy.
Wierzyło w to święcie kilka pokoleń powojennych rodziców, których zakłady pracy z automatu niejako fundowały ich dzieciom ferie zimowe, obozy wędrowne i kolonie letnie. Oraz zabawę plenerową z okazji Dnia Dziecka.
Po ukończeniu zaledwie pierwszej klasy szkoły podstawowej Dziecko zostało przymusowo wcielone w tryby wakacyjnej szczęśliwości. Wysłano je na kolonie letnie organizowane przez Przedsiębiorstwo Materiałów Podsadzkowych Przemysłu Węglowego Maczki-Bór,
cokolwiek to teraz, jezusmaria, znaczy.
Nie chciało oczywiście nigdzie jechać i pod wpływem ciągłych
próśb już nawet mama zaczęła się wahać. W Dziecko wstąpiła nikła nadzieja.
Jednak tata nie widział powodu do marudzenia; oświadczył obydwojgu stanowczo, że jeżeli wszystkie dzieci jeżdżą na kolonie letnie – to i Dziecko pojedzie. Kropka. I bez dyskusji.
– Powiedziałem! – zakończył zniecierpliwiony, włączając ostentacyjnie telewizor.
Sprawiedliwie rzecz biorąc, było na taki wyjazd za wcześnie.
Dziecka dotąd nikt nie nauczył żadnych czynności tak przydatnych na koloniach.

Mamie z oczywistych względów brakło na to czasu, gdy we wrześniu, zaraz po inauguracji pierwszego roku szkolnego Dziecka, urodziła synka. Swoją drogą miała szczęście, bo jej mąż tego właśnie od niej oczekiwał.
Przez całą pierwszą klasę mama obiektywnie miała co robić – i nie było to bynajmniej pomaganie Dziecku w lekcjach, a tym bardziej uczenie zasad przetrwania na koloniach letnich.
Grzesiu chorował na astmę, która po latach okazała się zwykłą alergią na pierze. Jego becik był z pierza. Cała pościel w domu także.
Biedna mama odchodziła od zmysłów, widząc wycieńczonego ciągłym kaszlem chłopczyka. Męczył się zwłaszcza nocami, leżąc w tym pierzu po uszy.
Dziecko, chcąc nie chcąc, również budziło się w środku nocy, boso biegło do apteczki w kuchni po syrop, pocieszało mamę, jak mogło, śpiewało bratu kołysanki. Nic nie pomagało. Mały godzi- nami zanosił się od kaszlu i wymiotował do bladego świtu. Płakał rozdzierająco.
Tata spał jak zabity, chrapiąc w drugim pokoju. Wstawał do roboty o piątej rano.
Dziecko miało lekcje na ósmą.
Często po powrocie ze szkoły, gdy Dziecko przybiegało radośnie z jakąś dobrą oceną, zastawało mamę zapłakaną.
– Co ci się stało, mamuś?… – pytało bez tchu, opuszczając wystawioną już w kierunku mamy łapkę z zeszytem, w którym pani na czerwono napisała oceną celującą. I nawet, jak nikomu innemu w klasie, dorysowała obok uroczy kwiatuszek…
– Grzesiu znów zachorował! – szlochała mama z buzią całą we łzach. – Trzeba wykupić antybiotyk, którego nie ma w naszej aptece. Byłam tam z Grzesiem rano, prosto z przychodni… Nie mają penicyliny! Trzeba by iść na drugą stronę miasta, do tej dużej apteki. Dzwoniłam do taty, ale on dziś nie wróci normalnie, bo ma jakieś wykolejenie piaskarki…
Jesienią i zimą zmrok nadchodzi wcześniej i, rzecz jasna, Dziecko szczerze bało się samo biec przez miasto, jednak nie da- wało tego matce odczuć. Dzielnie prosiło o receptę dla Grzesia.