Ta wiedza o samotności skrada się do ciebie stopniowo.
Jak wilk, którego latami oswajasz, a on wciąż siedzi na linii lasu i twojej łąki. Niedaleko domu. Nieznacznie przesuwa się coraz bliżej. Prawa przednia łapa, potem lewa… I stop. Ma czas. Jeszcze nie teraz. Zastyga w bezruchu i obserwuje.
Tymczasem twoją czujność osłabiają przeróżne podstępne znieczulenia: zapachy, melodie, gwiazdy na ciemnym niebie i miłości na całe życie. Jest co najmniej kilka takich momentów w życiu, kiedy łudzisz się poczuciem bezpieczeństwa.
Ale równocześnie już, już tańczysz morderczą capoeirę, choć po cichu podejrzewasz, że tango byłoby łatwiejsze.
Wiesz nawet, że w boskim Buenos Aires jest taka dzielnica, gdzie króluje tango; nawet widziałaś ją z okna taksówki, ale nie miałaś wtedy czasu, by się tam zatrzymać, no i poza tym szósta rano to pora, kiedy tancerze, spoceni i wyzuci ze świadomości, padają twarzą w chłodną pościel.
Taksówkarz, też wyglądający o tej porze jak nieżywy, wskazywał ci ruchem głowy wielkie, wygasłe neony najsłynniejszych nocnych klubów tanga.
Nigdy tam nie zatańczysz. Bo to capoeira zawładnęła tobą dawno temu.
Capoeira, taniec walki.
Aż przychodzi ta chwila, kiedy siedząc we własnym domu, na podłodze, przyznajesz się wreszcie przed sobą, że jesteś po prostu sama. I możesz już tylko przesunąć rękę nieco w prawo, tam, gdzie na dywanie połyskuje słoneczna plama. Ogrzać się w jej słabym, przepuszczonym przez szybę drżącym cieple.
Bo gdy człowiek uzmysławia sobie swą samotność – czuje zimno.
Pewien mądry poeta powiedział kiedyś, że prawdziwa samotność jest trudna do świadomego przyjęcia, ale raz wybrana – wynagradza. Nie doprecyzował tylko, po jakim czasie i dlaczego tak długim.

Mody pon, czyli pan młody, zajechał rankiem pod dom von Griegerów punktualnie, pięknie ustrojonym w białe kwiecie powozem. Liczne dzieciaki, które z ciekawości wybiegły boso na ulicę, opowiadały potem w nieskończoność, że widać było tylko „cztery biołe koniki i wielko kupa kwiotków.” Obok pana młodego siedział jego brat Paweł, jako starosta weselny i rodzice –  Juliusz z Jadwiżką. Patrzyli z uśmiechem na Annę, całą w bieli, z mirtowym wianuszkiem we włosach, prowadzoną do furtki przez rodziców i młodszą siostrzyczkę, Waleskę. Zanim powóz się zatrzymał, już Rudolf wyskoczył ich powitać i dopiero wtedy okazało się, jak bardzo jest przystojny. Młodzi obrzucili się szybkim spojrzeniem, po czym ona opuściła wzrok. Ucałował z uszanowaniem jej dłoń w koronkowej rękawiczce, ale nie wykrztusił ni słowa. Skłonił się Griegerom i oniemiałej z wrażenia Walesce. Dziewczątko to, choć na ogół bystre, teraz stało z otwartą buzią. Matka w końcu musiała szturchnąć ją lekko, żeby wsiadła za siostrą w bieli do powozu. Ruszyli w górę ulicy. Welon panny młodej powiewał na delikatnym wietrze. Waleska nie zapamiętała, czy państwo młodzi rozmawiali z sobą w drodze do kościoła, czy też milczeli z bijącymi sercami, a tylko rodzice z obu stron prowadzili poprawną, przedślubną konwersację. Miała co innego na głowie. Wiedziała już, i to z bolesną pewnością, że do końca życia nie zapomni tej chwili, kiedy jej siostra, ta „gorsza”, wieziona oto była do ślubu przez mężczyznę z najskrytszych marzeń każdego podlotka… Waleska z zapartym tchem przyglądała się przyszłemu szwagrowi. To nie do wiary, jak ta Ana dobrze trafiła!… Chop jak dąb i do tego jaki uważający, jaki grzeczny!… Niby jaki hrabia, albo książę! Nie tak to miało być!  Dobry Boże, przecież do samego ślubu się nie widzieli i Waleska po cichu radowała się na tą hutniczą maszkarę, za którą to jej biedna siostra będzie musiała wyjść…