Jak na ironię losu mój dziadek Orest, choć bronił się przed tym rękami i nogami, skończył jednak jako piekarz… W lutym czterdziestego piątego, jak już wyzwoliciele nagwałcili się i nakradli do woli, zauważyli, że są głodni, jak te syberyjskie tygrysy. Stało się to poważnym problemem, bo chleba nikt w Katowicach nie piekł w takich ogromnych ilościach. Część Ruskich stacjonowało w koszarach, na obrzeżach Wełnowca i pieronem szybko wyniuchali, że niejaki Orest Ruczaj ma porządne i czyste papiery piekarskie. Pomogła im w tym, a jakże, świeżo odziedziczona po Niemcach, genialnie skrupulatna ewidencja ludności gminy Wełnowiec… Przyjechali do Ruczajów późnym wieczorem, waląc w drzwi kolbami karabinów. Babcia Kornelia opowiadała mi, że pierwszą jej myślą było chwytać śpiące dzieci w ramiona i skakać z nimi z okna trzeciego piętra, na którym wówczas mieszkali. Może by się nawet nie pobudziły… Ale Orestowi taka myśl w głowie nie powstała, spokojnie zamknął żonę z maluchami w komórce, nakazując, na Boga, kompletną ciszę. Zaciskając mocno szczęki podszedł do drzwi. Nie, nie zabili go, póki co. Usłyszał podobną propozycję nie do odrzucenia, jak kiedyś Franciszek Wickel: albo piecze chleb dla ruskiego wojska, albo pakuje się natychmiast na ten eto gruzawik, co stoi pod domem – i z całą rodziną jedzie, kak durak, do obozu karnego. Nu, bystrieje?… Kak budiet?… Węgiel i drewno do pieca, mąka oraz inne niezbędne składniki będą Orestowi regularnie przywożone przez wojsko. Wszystko, co upiecze, będzie zatem tylko i wyłącznie dla żołnierzy zwycięskiej Armii Radzieckiej – nie wolno mu tym, pod karą śmierci, na własną rękę handlować. Jedyne, co może, to wziąć po jednym bochenku chleba dziennie dla siebie i rodziny… – A!… a familia twaja gdie?… – obudził się nagle jeden z nich. Miał twarz chytrego sukinsyna. Orest poczuł, jak strużka lodowatego potu spływa mu wolno wzdłuż pleców. Wykonał nieokreślony ruch ręką i wtedy… rozległ się przeraźliwy klakson ciężarówki na dole.

Jak na ironię losu mój dziadek Orest, choć bronił się przed tym rękami i nogami, skończył jednak jako piekarz… W lutym czterdziestego piątego, jak już wyzwoliciele nagwałcili się i nakradli do woli, zauważyli, że są głodni, jak te syberyjskie tygrysy. Stało się to poważnym problemem, bo chleba nikt w Katowicach nie piekł w takich ogromnych ilościach. Część Ruskich stacjonowało w koszarach, na obrzeżach Wełnowca i pieronem szybko wyniuchali, że niejaki Orest Ruczaj ma porządne i czyste papiery piekarskie. Pomogła im w tym, a jakże, świeżo odziedziczona po Niemcach, genialnie skrupulatna ewidencja ludności gminy Wełnowiec… Przyjechali do Ruczajów późnym wieczorem, waląc w drzwi kolbami karabinów. Babcia Kornelia opowiadała mi, że pierwszą jej myślą było chwytać śpiące dzieci w ramiona i skakać z nimi z okna trzeciego piętra, na którym wówczas mieszkali. Może by się nawet nie pobudziły… Ale Orestowi taka myśl w głowie nie powstała, spokojnie zamknął żonę z maluchami w komórce, nakazując, na Boga, kompletną ciszę. Zaciskając mocno szczęki podszedł do drzwi. Nie, nie zabili go, póki co. Usłyszał podobną propozycję nie do odrzucenia, jak kiedyś Franciszek Wickel: albo piecze chleb dla ruskiego wojska, albo pakuje się natychmiast na ten eto gruzawik, co stoi pod domem – i z całą rodziną jedzie, kak durak, do obozu karnego. Nu, bystrieje?… Kak budiet?… Węgiel i drewno do pieca, mąka oraz inne niezbędne składniki będą Orestowi regularnie przywożone przez wojsko. Wszystko, co upiecze, będzie zatem tylko i wyłącznie dla żołnierzy zwycięskiej Armii Radzieckiej – nie wolno mu tym, pod karą śmierci, na własną rękę handlować. Jedyne, co może, to wziąć po jednym bochenku chleba dziennie dla siebie i rodziny… – A!… a familia twaja gdie?… – obudził się nagle jeden z nich. Miał twarz chytrego sukinsyna. Orest poczuł, jak strużka lodowatego potu spływa mu wolno wzdłuż pleców. Wykonał nieokreślony ruch ręką i wtedy… rozległ się przeraźliwy klakson ciężarówki na dole.