Bo rzeczywiście w dzieciństwie Babcia przeżyła dziwny wypadek, związany z niedostatkiem słodyczy. Opowiedziała mi o nim, jak sądzę, tylko z powodu mojego natręctwa, bo zauważyłam kiedyś u niej, pod obojczykiem, bliznę niezwykłego kształtu; coś jak wydrążone miejsce po małej kuleczce, głębokie i zaszyte na jego dnie. Prosiłam, by mi opowiedziała, co to za ślad. Mówiła niechętnie i jakby ze wstydem. Było tak, że malutka Lyjna lubiła bawić się na placu z innymi dziećmi. Czasem podchodziła do nich śliczna dziewczynka z „bogatego domu”, stojącego w pobliżu. Była zawsze wystrojona jak z żurnala, miała piykne szatki i trzewiczki; wszystkim wydawała się prawie królewną. Jednego dnia „królewna” przyszła z papierową, różową tytką w rączkach i dzieci przybiegły zaciekawione. – Co tam mosz? – Nic… – odpowiedziała. – Ale ino powiydz, co tam mosz? Pokoż nom! – Kiej niy moga! Mamulka mi niy kozali… – dziewczynka przyciskała pakuneczek do piersi. – Jak nam powiysz, to damy ci wygrać w cymbergaja! – kusili chłopcy. – Kiedy niy moga, bo to jes gyszynk, prezent od mojego krzestnego, a on mi pedzioł, że to jest tylko  dla mnie! – broniła się po królewsku. Zawiedzione dzieci odstąpiły i powoli wróciły do swych zabaw, ale Lyjna została i przyglądała się, jak dziewczynka niecierpliwie, acz dyskretnie, wyjmowała z tytki kolejne cukierki i jadła łapczywie. Nie były to jednak żadne tam miętowe, tanie bombony, tylko prawdziwe, czekoladowe cukierki – każdy opakowany ekstra w kolorowy, błyszczący, szeleszczący obietnicą papierek. Takich maszkietów, takich drogich słodyczy mała Lyjnusia dotąd na oczy nie widziała. Szelest rozwijanych  papierków przywołał z powrotem inne dzieci; stały teraz wokół  dziewczynki i na wyścigi prosiły: – Dej ugryźć!.. Nie bydź tako! No, dej!…Chociaż raz… Lyjnusia była najmłodsza i najwięcej prosiła. Na darmo. Królewna sprawnie uporała się z prezentem od chrzestnego, zgniotła w dłoniach papierową torebkę, wytarła rękawkiem pięknej sukienki brudną z czekolady buzię i pobiegła do domu. Do samego wieczora mała Lyjna płakała. Nie wiedziała, że matki nie byłoby stać na takie cukierki nawet wtedy, gdyby ojciec był porządnym szewcem i zarabiał, a nie pił od rana do nocy. Nie dała sobie wyrwać z zaciśniętej łapki podniesionego z trawy, kolorowego papierka po cukierku królewny, i tak zasnęła. Ciemną nocą Maryjkę obudziło głośne majaczenie córki. Dziecko było w gorączce i, co najgorsze, wyrosła jej przy ramionku, pod obojczykiem „wielko buła”, coś w rodzaju guza, tak dużego, jak piłeczka ping-pongowa… Przerażona obudziła męża i pognała go po doktora. Raz w życiu August się jej nie sprzeciwił. Wytrzeźwiał momentalnie. Doktór niewiele mógł zrobić, trzeba było do chirurga. Zawiózł Lyjnę własną bryczką, polami na skróty, do bogucickich Bonifratrów. Chwalić Boga, że ten ksiądz Markiefka wybudował szpital i ich tu do nas sprowadził! W szpitalu zoperowano dziecko bez zbędnych formalności, bo liczył się czas, a guz, choć to niewiarygodne, rósł w oczach. Następnego ranka chirurg powiedział nieprzytomnej ze strachu i niewyspania Maryjce, że wszystko, z Bożą pomocą, będzie dobrze i że był to zachciołek – nagle pojawiająca się, niebezpieczna narośl. Zapytał, czy dziewczynce w ostatnich dniach  „zachciało się czegoś bardzo mocno?” Maria poczuła ucisk w piersiach.   Tamto zdarzenie zostawiło w zachowaniu Babci Heleny rozczulającą, stałą dążność do posiadania przy sobie choćby małego maszkietka – landrynki, bombona od Wedla, dropsa, toffika, czy innego irysa. Przepadała też za malagami – nadziewanymi rodzynkową masą czekoladkami w kształcie muszelki. – Na starość – powtarzała, podnosząc w górę wskazujący palec – to jo bych chciała ino to jedno: ligesztul, to znaczy fotel na biegunach. Z prawej mojej strony żeby mi leżały wszystkie kryminały Agaty Christie, a z lewej – same malagi abo cukierki łod Wedla…

Bo rzeczywiście w dzieciństwie Babcia przeżyła dziwny wypadek, związany z niedostatkiem słodyczy. Opowiedziała mi o nim, jak sądzę, tylko z powodu mojego natręctwa, bo zauważyłam kiedyś u niej, pod obojczykiem, bliznę niezwykłego kształtu; coś jak wydrążone miejsce po małej kuleczce, głębokie i zaszyte na jego dnie. Prosiłam, by mi opowiedziała, co to za ślad. Mówiła niechętnie i jakby ze wstydem. Było tak, że malutka Lyjna lubiła bawić się na placu z innymi dziećmi. Czasem podchodziła do nich śliczna dziewczynka z „bogatego domu”, stojącego w pobliżu. Była zawsze wystrojona jak z żurnala, miała piykne szatki i trzewiczki; wszystkim wydawała się prawie królewną. Jednego dnia „królewna” przyszła z papierową, różową tytką w rączkach i dzieci przybiegły zaciekawione. – Co tam mosz? – Nic… – odpowiedziała. – Ale ino powiydz, co tam mosz? Pokoż nom! – Kiej niy moga! Mamulka mi niy kozali… – dziewczynka przyciskała pakuneczek do piersi. – Jak nam powiysz, to damy ci wygrać w cymbergaja! – kusili chłopcy. – Kiedy niy moga, bo to jes gyszynk, prezent od mojego krzestnego, a on mi pedzioł, że to jest tylko  dla mnie! – broniła się po królewsku. Zawiedzione dzieci odstąpiły i powoli wróciły do swych zabaw, ale Lyjna została i przyglądała się, jak dziewczynka niecierpliwie, acz dyskretnie, wyjmowała z tytki kolejne cukierki i jadła łapczywie. Nie były to jednak żadne tam miętowe, tanie bombony, tylko prawdziwe, czekoladowe cukierki – każdy opakowany ekstra w kolorowy, błyszczący, szeleszczący obietnicą papierek. Takich maszkietów, takich drogich słodyczy mała Lyjnusia dotąd na oczy nie widziała. Szelest rozwijanych  papierków przywołał z powrotem inne dzieci; stały teraz wokół  dziewczynki i na wyścigi prosiły: – Dej ugryźć!.. Nie bydź tako! No, dej!…Chociaż raz… Lyjnusia była najmłodsza i najwięcej prosiła. Na darmo. Królewna sprawnie uporała się z prezentem od chrzestnego, zgniotła w dłoniach papierową torebkę, wytarła rękawkiem pięknej sukienki brudną z czekolady buzię i pobiegła do domu. Do samego wieczora mała Lyjna płakała. Nie wiedziała, że matki nie byłoby stać na takie cukierki nawet wtedy, gdyby ojciec był porządnym szewcem i zarabiał, a nie pił od rana do nocy. Nie dała sobie wyrwać z zaciśniętej łapki podniesionego z trawy, kolorowego papierka po cukierku królewny, i tak zasnęła. Ciemną nocą Maryjkę obudziło głośne majaczenie córki. Dziecko było w gorączce i, co najgorsze, wyrosła jej przy ramionku, pod obojczykiem „wielko buła”, coś w rodzaju guza, tak dużego, jak piłeczka ping-pongowa… Przerażona obudziła męża i pognała go po doktora. Raz w życiu August się jej nie sprzeciwił. Wytrzeźwiał momentalnie. Doktór niewiele mógł zrobić, trzeba było do chirurga. Zawiózł Lyjnę własną bryczką, polami na skróty, do bogucickich Bonifratrów. Chwalić Boga, że ten ksiądz Markiefka wybudował szpital i ich tu do nas sprowadził! W szpitalu zoperowano dziecko bez zbędnych formalności, bo liczył się czas, a guz, choć to niewiarygodne, rósł w oczach. Następnego ranka chirurg powiedział nieprzytomnej ze strachu i niewyspania Maryjce, że wszystko, z Bożą pomocą, będzie dobrze i że był to zachciołek – nagle pojawiająca się, niebezpieczna narośl. Zapytał, czy dziewczynce w ostatnich dniach  „zachciało się czegoś bardzo mocno?” Maria poczuła ucisk w piersiach.   Tamto zdarzenie zostawiło w zachowaniu Babci Heleny rozczulającą, stałą dążność do posiadania przy sobie choćby małego maszkietka – landrynki, bombona od Wedla, dropsa, toffika, czy innego irysa. Przepadała też za malagami – nadziewanymi rodzynkową masą czekoladkami w kształcie muszelki. – Na starość – powtarzała, podnosząc w górę wskazujący palec – to jo bych chciała ino to jedno: ligesztul, to znaczy fotel na biegunach. Z prawej mojej strony żeby mi leżały wszystkie kryminały Agaty Christie, a z lewej – same malagi abo cukierki łod Wedla…