Mody pon, czyli pan młody, zajechał rankiem pod dom von Griegerów punktualnie, pięknie ustrojonym w białe kwiecie powozem. Liczne dzieciaki, które z ciekawości wybiegły boso na ulicę, opowiadały potem w nieskończoność, że widać było tylko „cztery biołe koniki i wielko kupa kwiotków.” Obok pana młodego siedział jego brat Paweł, jako starosta weselny i rodzice –  Juliusz z Jadwiżką. Patrzyli z uśmiechem na Annę, całą w bieli, z mirtowym wianuszkiem we włosach, prowadzoną do furtki przez rodziców i młodszą siostrzyczkę, Waleskę. Zanim powóz się zatrzymał, już Rudolf wyskoczył ich powitać i dopiero wtedy okazało się, jak bardzo jest przystojny. Młodzi obrzucili się szybkim spojrzeniem, po czym ona opuściła wzrok. Ucałował z uszanowaniem jej dłoń w koronkowej rękawiczce, ale nie wykrztusił ni słowa. Skłonił się Griegerom i oniemiałej z wrażenia Walesce. Dziewczątko to, choć na ogół bystre, teraz stało z otwartą buzią. Matka w końcu musiała szturchnąć ją lekko, żeby wsiadła za siostrą w bieli do powozu. Ruszyli w górę ulicy. Welon panny młodej powiewał na delikatnym wietrze. Waleska nie zapamiętała, czy państwo młodzi rozmawiali z sobą w drodze do kościoła, czy też milczeli z bijącymi sercami, a tylko rodzice z obu stron prowadzili poprawną, przedślubną konwersację. Miała co innego na głowie. Wiedziała już, i to z bolesną pewnością, że do końca życia nie zapomni tej chwili, kiedy jej siostra, ta „gorsza”, wieziona oto była do ślubu przez mężczyznę z najskrytszych marzeń każdego podlotka… Waleska z zapartym tchem przyglądała się przyszłemu szwagrowi. To nie do wiary, jak ta Ana dobrze trafiła!… Chop jak dąb i do tego jaki uważający, jaki grzeczny!… Niby jaki hrabia, albo książę! Nie tak to miało być!  Dobry Boże, przecież do samego ślubu się nie widzieli i Waleska po cichu radowała się na tą hutniczą maszkarę, za którą to jej biedna siostra będzie musiała wyjść…

Mody pon, czyli pan młody, zajechał rankiem pod dom von Griegerów punktualnie, pięknie ustrojonym w białe kwiecie powozem. Liczne dzieciaki, które z ciekawości wybiegły boso na ulicę, opowiadały potem w nieskończoność, że widać było tylko „cztery biołe koniki i wielko kupa kwiotków.” Obok pana młodego siedział jego brat Paweł, jako starosta weselny i rodzice –  Juliusz z Jadwiżką. Patrzyli z uśmiechem na Annę, całą w bieli, z mirtowym wianuszkiem we włosach, prowadzoną do furtki przez rodziców i młodszą siostrzyczkę, Waleskę. Zanim powóz się zatrzymał, już Rudolf wyskoczył ich powitać i dopiero wtedy okazało się, jak bardzo jest przystojny. Młodzi obrzucili się szybkim spojrzeniem, po czym ona opuściła wzrok. Ucałował z uszanowaniem jej dłoń w koronkowej rękawiczce, ale nie wykrztusił ni słowa. Skłonił się Griegerom i oniemiałej z wrażenia Walesce. Dziewczątko to, choć na ogół bystre, teraz stało z otwartą buzią. Matka w końcu musiała szturchnąć ją lekko, żeby wsiadła za siostrą w bieli do powozu. Ruszyli w górę ulicy. Welon panny młodej powiewał na delikatnym wietrze. Waleska nie zapamiętała, czy państwo młodzi rozmawiali z sobą w drodze do kościoła, czy też milczeli z bijącymi sercami, a tylko rodzice z obu stron prowadzili poprawną, przedślubną konwersację. Miała co innego na głowie. Wiedziała już, i to z bolesną pewnością, że do końca życia nie zapomni tej chwili, kiedy jej siostra, ta „gorsza”, wieziona oto była do ślubu przez mężczyznę z najskrytszych marzeń każdego podlotka… Waleska z zapartym tchem przyglądała się przyszłemu szwagrowi. To nie do wiary, jak ta Ana dobrze trafiła!… Chop jak dąb i do tego jaki uważający, jaki grzeczny!… Niby jaki hrabia, albo książę! Nie tak to miało być!  Dobry Boże, przecież do samego ślubu się nie widzieli i Waleska po cichu radowała się na tą hutniczą maszkarę, za którą to jej biedna siostra będzie musiała wyjść…